Złote wrota Ameryki

Pojechać na wakacje do Kolumbii czemu nie, choć większość z nas uzna ten pomysł za karkołomny i szalony. Ten kraj kojarzy nam się z terrorem narkotykowych karteli, z walkami gangów na ulicach i porwaniami dla okupu. Nawet to, że Pablo Escobar najbardziej znany książę narkobiznesu dawno nie żyje, a jego konkurenci też nie mają się najlepiej, nikogo nie przekonuje. Tymczasem są w tym kraju miejsca naprawdę warte odwiedzenia ,a przy tym całkowicie bezpieczne. Leżące na Morzu Karaibskim kolumbijskie wyspy San Andres i Providencja , to rejony godne polecenia dla amatorów plażowania. Tym, którzy szukają piękna architektury i dobrej zabawy z pewnością przypadnie do gustu leżący na północy kraju, nad tym samym morzem , port Cartagena.

Położony na siedmiu wyspach, założony przez Hiszpanów w 1533 roku, dziś jest ponad milionowym miastem, którego starówka to doskonały przykład hiszpańskiej architektury kolonialnej. Wysokie okiennice , fikuśne balkony, okna z wnękami i werandy. Na zapleczach domów stoją kamienne wieże, które kiedyś służyły do wypatrywania zbliżających się statków. Budynki w podobnym stylu można znaleźć w innych hiszpańskich posiadłościach kolonialnych: w Starej Hawanie, w Puerto Rico i meksykańskim Veracruz. Jednak tylko tu są ich setki, część chylących się ku ruinie, ale coraz więcej starannie odrestaurowanych.
Te szczelnie osłonięte balkony i werandy miały kiedyś praktyczne znaczenie. Zakochani chłopcy wyśpiewywali pod nimi tęskne serenady wybrankom serca. To był jedyny sposób zwrócenia na siebie uwagi, bowiem na ulicy dziewczyna nie mogła nawet spojrzeć w stronę obcego młodzieńca.
Rabusie rabują rabusiów
“Złote Wrota Ameryki” tak nazywana była Cartagena w czasach hiszpańskiej konkwisty - to tu bowiem zwożono skarby zrabowane z całej Nowej Grenady, a nawet z wicekrólestwa Peru. Czekały na statki, które wiozły je do dalekiej Hiszpanii. Nic dziwnego więc, że miasto ciągle napadali piraci. Jednym z nich był sławny Francis Drak, który pewnego wieczoru wylądował potajemnie na brzegu i zdobył miasto o świcie. Palił domy, zniszczył nawę Katedry. Pirat zmusił mieszkańców do zapłaty 107.000 dukatów kontrybucji. Zrabował biżuterię i 80 dział. By się z problemem uporać hiszpańska Korona wynajęła wybitnych europejskich inżynierów wojskowych. Zlecono im ufortyfikowanie miasta, co na zawsze określiło jego charakter. Prace budowlane trwały przez dziesiątki lat, powstało wówczas jedenaście kilometrów murów obronnych i przypominająca kamienną piramidę twierdza San Felipe de Barajas nazwana tak na cześć Króla Hiszpanii Philipa IV. Wzniesiono umocnione bastiony, magazyny żywności i broni, podziemne tunele i dodatkowe forty współtworzące cały system obronny. To wszystko niemal nienaruszone przetrwało do naszych czasów. Gdy spacerowaliśmy po uliczkach Cartageny potężne fortyfikacje przywoływały wspomnienia skarbów wydartych pierwotnym mieszkańcom Ameryki, zaś ciemne twarze na ulicach miasta proceder handlu niewolnikami. Cartagena bogaciła się na tym, że była jednym z kilku tylko portów na terenie posiadłości podlegających hiszpańskiej koronie gdzie taki handel był dozwolony. Porwani ze swoich domów Afrykanie przybywali w przepełnionych ładowniach statków, by pracować w kopalniach srebra na terenie Peru i Boliwii i plantacjach trzciny cukrowej w Panamie.
Droga do niepodległości
Ogromny plac wyłożony kamieniami przy wejściu na teren starego miasta (obecnie Plac de Los Coches ) był głównym miejscem handlu niewolnikami. Szkoda, że nie ma żadnej informującej o tym tablicy. Szukając tego miejsca najlepiej kierować się w stronę widocznej z daleka wieży zegarowej. Współcześnie dookoła placu rozlokowały się kawiarnie, można wieczorem usiąść ze szklaneczką rumu z lodem i patrzeć na nastolatków tańczących tradycyjne afrykańskie. Rum, bębny, morska bryza, wirujące ciała tancerzy – to specyficzny smak tego miejsca.
System obronny okazał się skuteczny. W marcu 1741 miasto odparło potężny atak brytyjskich i amerykańskich wojsk prowadzonych przez admirała Edwarda Vernona, Przypłynął on na czele armady składającej się ze 186 statków, na pokładach których było ponad 26 tysięcy żołnierzy. Hiszpanie mogli przeciw tej sile wystawić zaledwie 6 okrętów i 3,600 ludzi. Po tygodniach oblężenia atakujący zdobyli pierwszą część twierdzy - Boca Chica. Na wieść o tym, w Londynie zaczęto bić medale sławiące triumf admirała. Okazało się, że przedwcześnie. Drugiej twierdzy - San Felipe broniono jeszcze zacieklej. W sukurs obrońcom przyszła zaraza – żółta febra, która zdziesiątkowała atakujących. To zwycięstwo zapewniło panowanie hiszpańskiej korony aż do XIX stulecia.
W 1811 nadeszła niezależność od Hiszpanii, potem w roku 1851 wyzwolenie niewolników i nagle miasto straciło ekonomiczny sens bytu. Zamieniło się w swoistą relikwię zamkniętą w wysokich murach. Upadek przypieczętowała epidemia cholery, która wtedy wybuchła.
Ten czas próbował uchwycić Mike Newell w filmie „ Miłość w czasach zarazy”. Powstała ona na podstawie powieści Gabriela Garci Marqueza, który w Cartagenie studiował i pracował jako dziennikarz. Pisarz ma tu letni dom w pobliżu luksusowego hotelu Santa Clara. Miejscowi są dumni z sąsiedztwa noblisty, każdy chętnie wskaże to miejsce.
Uliczny karnawał
Dzisiejsza Cartagena to miasto jednocześnie cywilizowane i dzikie, wydaje się, że nic nie straciło z dawnego charakteru. Jane Chaplin, córka Charlie Chaplina, która mieszka tu od połowy lat dziewięćdziesiątych, powiedziała. – Gdy oprowadzasz po Cartagenie swoich gości czujesz się jakbyś dzielił się z nimi jakąś wielką tajemnicą. Choć coraz więcej domów w obrębie starego miasta jest wykupywanych przez bogatych Kolumbijczyków ulice jeszcze bardzo długo będą należeć do potomków wyzwolonych niewolników. Wszechobecny ślad afrykańskiej kultury to jeden z największych atutów miasta. Od rana trwa na nich chaotyczny karnawał. Kobiety roznoszą na głowach kosze wypełnione owocami mango, sprzedawcy papierosów na sztuki zachwalają swój towar. Kilkunastoletni chłopcy proponują filiżankę piekielnie mocnej kawy z noszonych na plecach termosów. Uliczni grajkowie i sztukmistrze ciężko pracują na datki przechodniów. Handluje się wszystkim, od męskich slipek po części samochodowe.
Codziennie wieczorem ożywają niezliczone kluby nocne. W czasie trwającej do rana zabawy nikt nie żałuje sobie rumu, a mimo tego nie zdarzają się kłótnie i bójki.
Problemem jest prostytucja. Młode Kolumbijki mają bardzo ograniczone możliwości zarabiania w inny sposób. Pokusa jest ogromna, tym bardziej, że urody im nie brakuje. Gdy spacerowaliśmy po oddalonych od centrum zakamarkach, mieliśmy wrażenie, że na ulicę wyległy uczennice wszystkich miejskich gimnazjów.
Muzyka rozbrzmiewa również na kartagińskich plażach. Początkowo mieliśmy wątpliwości czy można się do tańczących przy akompaniamencie gitary przyłączyć. -Nie obawiajcie się niczego - doradzili zaprzyjaźnieni młodzi Anglicy. Rzeczywiście śpiewaliśmy i tańczyliśmy na piasku niemal do rana z grupą młodych Kolumbijczyków. Nikt na nas nie napadł , nie okradł, ba nawet nie żądał zapłaty za napitki oraz wokalne i instrumentalne popisy.

5.jpg

Potrzebujesz więcej informacji ?

Jeżeli potrzebujesz się ze mną skontaktować prześlij mi swój email.

wszystkie prawa zastrzeżone przez Zofia Suska
stronę zaprojektowała i wykonała firma IT-SONET

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.