Czarna góra nad Adriatykiem
To kraj, który zawsze chciałam zobaczyć. Wprawdzie bywałam dość często w starej Jugosławii, ale jakoś tak się ułożyło, że poznałam wszystkie republiki z wyjątkiem tej jednej. Potem, wiadomo - krwawa wojna pomiędzy i wewnątrz jugosłowiańskich republik. Nareszcie wszystko złe się skończyło, ruszam przez góry by zobaczyć Czarnogórę.

Droga od strony Belgradu wije się nieprawdopodobnymi serpentynami, zerkam niepewnie w przepaść, gdzie co jakiś czas leżą wraki samochodów. Lata blokady gospodarczej spowodowały, że kraj ten jest motoryzacyjnym skansenem. Najpopularniejszym pojazdem są pojugosłowiańskie zastawy.
W przydrożnym barku postanawiam napić się kawy. Czarnogórcy traktują turystów bardzo serdecznie. Starszy pan opowiada, że jest szczęśliwy, gdy do jego ukochanej Czarnogóry przyjeżdżają turyści i życzy ludziom na całym świecie by żyli w pokoju.
Czarnogóra to jeden z najatrakcyjniejszych turystycznie fragmentów nadadriatyckiego wybrzeża. Wąski skrawek lądu, pomiędzy morzem i pnącymi się stromo górami to najcieplejszy i najbardziej nasłoneczniony zakątek w całej dawnej Jugosławii.
Dubrownik w miniaturze
Polaków przyjeżdża tu coraz więcej. Najczęściej mieszkają w Budwie i okolicznych miejscowościach. Otoczona piętnastowiecznymi murami Budva leży na niewielkim, wcinającym się w morze półwyspie. Miasto bardzo ucierpiało w czasie trzęsienia ziemi w 1979 roku, Czarnogórcy odbudowali wszystkie zabytki czyniąc je jeszcze piękniejszymi.
W Budvie wszystko jest miniaturowe, kamienne domki przy niewielkich obsadzonych palmami placykach i nieprawdopodobnie wąskie uliczki w każdego tchną ducha romantyzmu. Do miasta wkroczyłam przez jedną z dwóch bram, w całkowicie otaczających je warownych murach. Wszystko można obejść w 15 minut. Spacerując po chorwackim Dubrowniku ma się czasem wrażenie, że to jakby Wenecja w miniaturze, spacerując po Budvie czujemy się jak w miniaturce Dubrownika. Budva, oczywiście poza murami starego miasta, ma jedną z najpiękniejszych plaż dalmatyńskich- rozległy piaszczysty pas osłonięty od lądu pionowymi wysokimi skałami.

Warto wiedzieć, że Czarnogóra, nie czekając na zgodę Unii Europejskiej jako obowiązującą walutę wprowadziła Euro. Trzeba przywieźć ze sobą gotówkę - problemem jest nieakceptowanie w sklepach kart kredytowych. Na szukaniu bankomatu spędziłam cały dzień, okazało się, że do najbliższego muszę jechać za granicę – do chorwackiego Dubrownika.
Koniecznie trzeba zajrzeć do przepięknej, maleńkiej katedry z IX wieku, zachwyca również średniowieczna kaplica św. Savy.
Z twierdzy obronnej roztacza się wspaniały widok na okolicę, trzy czwarte drogi wokół miasta można przejść po murach obronnych.
Gdy zapada wieczór w położonych tuż przy nabrzeżu restauracjach rozpoczyna się przyrządzanie owoców morza – oczywiście pierwszej świeżości, kupionych dopiero co od rybaków.
Zaglądam do cerkwi, Czarnogórcy są w większości wyznania prawosławnego. Przed cerkwią rozpoczyna się zabawa pod gołym niebem. Tak, wyglądają centralne place nadadriatyckich miast. Podobnie jest również w Chorwacji, dlatego pobyt tu jest taki sympatyczny – nie ma czasu się nudzić. Publiczność żywo reaguje na popisy tancerzy. Bałkańska muzyka ludowa łatwo wpada w ucho. Nie bez powodu piosenki śpiewane przez Bregovicza zdobyły taką popularność.
Śladami Claudi Shiffer
Następnego dnia ruszam na rejs wzdłuż wybrzeża. Takie pływanie od portu do portu, z wyspy na wyspę to jeden z najlepszych sposobów spędzania adriatyckich wakacji. Nic dziwnego, że jachtów pływa bez liku. Co i raz pozdrawiamy mijające nas załogi.
Każda z miejscowości i kurortów, obok których przepływamy, jest perełką godną osobnego tekstu.
Weźmy choćby luksusowe letnisko Święty Stefan. To stare rybackie osiedle, położone na miniaturowym skalistym półwyspie, zostało w całości zamienione na miasteczko-hotel. Jest tu wszystko, czego potrzeba turyście, restauracje, baseny, kasyno. Rybackie domki przerobiono na luksusowe apartamenty, zachowując ich klimat i urok.
Kiedyś w tych apartamentach mieszkały największe gwiazdy, jak choćby Claudia Shiffer. Gospodarze wierzą, że wkrótce miejsce wróci do dawnej świetności.
Poza ścisłym sezonem bywa tu całkiem pusto. Taką sytuację najbardziej chwalą sobie przyjeżdżający na wypoczynek artyści.
Opuszczam Świętego Stefana jedyną łączącą go ze stałym lądem groblą.
Kamienne mury Kotoru
Zjazd z masywu Lovocenu , z ciągle zmieniającym się pejzażem nad wcinającą się w góry Zatoką Kotorską należy do najpiękniejszych widokowo tras nie tylko w tej części świata. U podnóża Lovcenu na krańcu Zatoki leży miejscowość Kotor. Miasto przytłoczone potężnym masywem gór otaczają grube mury obronne. Wkroczyłam do niego przez bramę nazwaną Morską. Kotor był w swoim czasie bardzo mocno związany z Wenecją, widać, że silnie odcisnęła tu swoje piętno.
Z około trzydziestu kotorskich kościołów po kolejnych trzęsieniach ziemi ocalało zaledwie kilka. Centralny plac- za czasów jugosłowiańskich, jakże by inaczej nosił imię Rewolucji Październikowej- otoczony jest starymi budowlami: pałacem namiestnika Wenecji z XVI wieku, pałacem rady miejskiej z 1902 roku i cytadelą. Naprzeciw Bramy Morskiej wznosi się wieża zegarowa zbudowana przez Wenecjan. Najcenniejszy zabytek Kotoru to romańska katedra św. Tripuna- patrona miasta- zbudowana w XII wieku. Obok katedry koniecznie trzeba zobaczyć niewielki romańsko-bizantyjski kościółek św.Luki i kościółek Panny Marii z 1221 roku z relikwiarzem, którym według legendy wysłannik papieża Marco d Aviano błogosławił wojska króla Sobieskiego pod Wiedniem. Zwiedzanie miasta nie jest męczące- jego kamienne mury nawet w czasie największych upałów dają cień i ochłodę. Zaułki, wąskie uliczki, mury przepojone historią, można tu spacerować godzinami odkrywając coraz piękniejsze kamienie, szukając malarskich perspektyw.
Na nabrzeżu, tuż za murami miasta rozłożył się targ. Kupiłam kiść nieprawdopodobnie słodkich, czarnych winogron.
Oni też mają Saharę
Postanowiłam wyruszyć na południe w kierunku albańskiej granicy. To bardziej dzika część kraju za to ze wspaniałymi, piaszczystymi plażami. Po drodze mijałam miasteczka rozłożone nad wodami Adriatyku, Wszędzie tu, bez żadnego problemu, można wynająć kwaterę, za bajkowy widok na morze nie trzeba dopłacać.
Droga przez cały czas prowadzi wzdłuż wybrzeża Adriatyku. Panoramy, dosłownie w każdym miejscu gdzie przyjdzie mi ochota zatrzymać samochód, zapierają dech w piersiach.
Hotele w Jugosławii kiedyś były dla nas szczytem luksusu. Przez długi czas nikt w nie inwestował, dlatego straciły część pierwotnego blasku. Jednak na każdym kroku widać, że właściciele odrabiają stracony dystans. Trochę szkoda, ja tam wolę, gdy komercji nie jest za dużo.
Jestem w Ulcinj, kiedyś jednym ze znanych ośrodków pirackich. Piraci z Ulcinja siali postrach na Morzu Śródziemnym aż do Maroka. W mieście odbywały się targi niewolników. Mieszkała tu wtedy duża kolonia Murzynów.
Nad morzem, u stóp stromego brzegu, leży nowa część miasta a nieco dalej Velika Plaża, przez miejscowych nazywana Saharą- pas piasku ciągnący się przez dwanaście kilometrów i zawierający dużą ilość jodu. Ulcinj to miasto całkowicie orientalne, ma siedem meczetów z najstarszym meczetem Paszy
Okryte głowy wyznających islam muzułmanek przypominają, że jesteśmy praktycznie tuż przy albańskiej granicy. Miasto ma specyficzną, bazarową atmosferę. Do Ulcinj na wakacje, chętnie przyjeżdżają Serbowie. Z Belgradu do pobliskiego Baru zbudowano linię kolejową. To uzdrowisko ze źródłami radioaktywnymi i siarkowymi leczącymi choroby reumatyczne.
Jadę w głąb kraju do pierwszej stolicy Czarnogóry Cetynii. Niedostępność tej krainy spowodowała, że nawet Turcy, okupujący Bałkany nigdy go sobie całkowicie nie podporządkowali
W cetyńskiej cerkwi trafiam na ślub. Obserwując weselny orszak przekonuję się, że nie ma przesady w opowieściach o urodzie mieszkańców tych ziem. Zarówno kobiety jak i mężczyźni słyną ze smukłych, wysokich sylwetek.
Znów ruszam, tym razem autobusem, w drogę prowadzącą krętymi serpentynami. Dosłownie serce zamiera w czasie przejazdów nad skalnymi urwiskami. Bardziej bojący zabierają ze sobą na drogę flaszeczkę czarnogórskiej śliwowicy. Wydaje się, że niektórych agrawkowych zakrętów autobus nie będzie w stanie pokonać
W Starym Barze trafiam na bardzo stare, poskręcane drzewo oliwne. To jakby symbol nie mniej krętej historii Czarnogóry. Jej mieszkańcom wypada życzyć by w przyszłości tych zakrętów było na Bałkanach jak najmniej.

5.jpg

Potrzebujesz więcej informacji ?

Jeżeli potrzebujesz się ze mną skontaktować prześlij mi swój email.

wszystkie prawa zastrzeżone przez Zofia Suska
stronę zaprojektowała i wykonała firma IT-SONET

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.