Stolica Wschodniej Jawy

W naszej wyprawie po Azji Południowo- Wschodniej dotarliśmy do Indonezyjskiego portu Surabaya. Po całodziennej podróży byliśmy głodni, szybko ruszyliśmy do chińskiej dzielnicy szukać taniej garkuchni. Było już po północy i nawet w China Town życie zamierało. Nie znaczy to, że wróciliśmy do hotelu z kwitkiem. Klient rzecz święta – natychmiast rozpoczęło się przygotowywanie zamówionej kolacji. 

Zamówiliśmy chińskie pierożki i w oczekiwaniu na nie obserwowaliśmy poczynania kucharza. Proces przygotowywania potrawy odbywał się przy otwartej kurtynie, wprost na ulicy. Wszystko działo się bardzo sprawnie. Azjatycki farsz z mięsa wołowego przypomina używany do naszych pierogów. Różni się tylko dodatkiem egzotycznych ziół i ostrego curry. Pierożki apetycznie skwierczały w głębokim tłuszczu. -Będą takie jak lubię, gorące i chrupkie. – Cieszyła się Żaneta jedna z moich współtowarzyszek podróży. - Wysoka temperatura oleju ma jeszcze jedną zaletę – podkreślał jej mąż Andrzej- zabija bakterie. Wraz z przyjaciółmi byliśmy jedynymi klientami jadłodajni. Jak przysłowiowy sęp krążył wokół nas rikszarz, liczył na kurs do hotelu. Miał rację, z pełnymi żołądkami nie zdecydowaliśmy się na spacer.

Owoce w skórze węża

Senne wieczorem miasto od rana wprost eksplodowało ruchem i gwarem. Stolica wschodniej Jawy Surabaya to, pod względem liczby mieszkańców, drugie miasto w Indonezji. Mieszka tu prawie trzy miliony ludzi. Główna ulica chińskiej dzielnicy, na której jedliśmy kolację, rano wyglądała zupełnie inaczej. We wszystkich możliwych kierunkach przetaczał się nieprzebrany potok ludzi i pojazdów. Surabaya uchodzi za miasto nowoczesne - taki indonezyjski Singapur. Ponieważ dotarliśmy tu wprost z Hongkongu – szklanych fasad drapaczy chmur mieliśmy dość. Wynajęliśmy taksówkę i kazaliśmy się zawieść do najstarszej, północnej części miasta. Zachowały się w niej domy z czasów panowania holenderskich kolonizator. Najwięcej wrażeń dostarcza zwiedzanie dzielnicy Arabskiej. Taksówka z trudem przeciskała się przez wąskie uliczki. Sklepy, sklepiki rzemieślnicze warsztaty, – czego tam nie było. Nasz szofer nie rozumiał, lub tylko udawał, że nie rozumie słowa po angielsku. Zamówiliśmy kurs do najstarszego meczetu, z kamienną twarzą zawiózł nas całkowicie okrężną drogą. Nie narzekaliśmy. Wprawdzie zrobiliśmy trzy razy tyle kilometrów niż powinniśmy, ale o ile więcej zobaczyliśmy.

Cel naszej wycieczki, leżący w samym sercu Dzielnicy Arabskiej, to najstarszy meczet na Jawie. Warto wiedzieć, że licząca ponad 200 milionów mieszkańców Indonezja jest najludniejszym muzułmańskim krajem świata. Uliczki części miasta, po których się poruszaliśmy były tak wąskie, że nie jeździły po nich samochody. Przeciskaliśmy się pieszo między straganami. Co i raz ktoś proponował nam przekąskę lub okazyjne zakupy. Z proponowanych dań zwracały uwagę kulki z mielonej baraniny w słodko - pikantnym kisielu. Jak smakują? Nie wiemy – nikt nie zdecydował się na degustację. Co innego egzotyczne owoce ze skórką przypominającą wężową. Nazywają się salak i smakują jak miękkie migdały.

Najstarszy meczet

Wreszcie dotarliśmy do meczetu, przed wejściem wierni dokonywali rytualnej ablucji.

W tej części Indonezji turystów nie ma zbyt wielu. Nasze jasne włosy i słowiański typ urody wzbudzały ogromne zainteresowanie. Indonezyjczycy byli bardzo życzliwi -szybko zawarliśmy uliczne przyjaźnie. Do środka meczetu niewierni nie są wpuszczani, wnętrze świątyni podglądaliśmy przez zamknięte drzwi. To nie była pora nabożeństwa, pojedyncze osoby modliły się w skupieniu, wertowały wersety Koranu. Patronem meczetu jest jeden z dziewięciu świętych, którzy sprowadzili do Indonezji islam. Sułtański grób słynie z cudownej mocy, o każdej porze dnia można przy nim spotkać pielgrzymów. Wierni przybywają również do świętego źródła, woda z niego ma podobno właściwości uzdrawiające. Dziedziniec przy świątyni służy różnym, często niezbyt religijnym celom. Rozlokował się tu na przykład mistrz relaksującego masażu stóp.

Gdy wracaliśmy z meczetu znów obskoczyli nas sprzedawcy. -Jedzcie spokojnie mam tylko najlepszy towar, wszystko świeże w doskonałym gatunku. – Zachwalała sprzedawczyni kleistej brązowej mazi. Od jej konkurenta na straganie obok kupiliśmy paczkę sprasowanych daktyli. Nasze nieporadne próby rozmowy po indonezyjsku wywoływały salwy śmiechu..

Piernikowe papierosy

W powrotnej drodze z Dzielnicy Arabskiej ktoś zwrócił uwagę na slumsy rozlokowane przy torach od dawna nieczynnej linii kolejowej. W prowizorycznie skleconych przy użyciu wszelkich dostępnych materiałów domach, toczyło się normalne życie rodzinne. Nie myślcie, że tam mieszkają najbiedniejsi – ci nie mają w ogóle dachu nad głową. -To jest moja żona, moja mama i syn– objaśniał nam po angielsku mężczyzna ze slumsów. Życie bywa zaskakujące- przypominamy, że taksówkarz nie mówił słowa po angielsku.

Surabaya to stolica indonezyjskiego przemysłu tytoniowego. Postanowiliśmy odwiedzić fabrykę papierosów Kretek. Ta marka to lokalna specjalność. Papierosy produkowane są z dodatkiem goździków. Jak smakują? – W czasie palenia normalnie, tylko potem w ustach zostaje smak pierników.

Warto wiedzieć, że poznajemy indonezyjskie miasto portowe numer jeden. Mieszkańcy chwalą się aż trzema portami. Pierwszy to nowoczesny terminal obsługujący ruch międzynarodowy. Do drugiego - pasażerskiego przybijają promy zapewniające komunikację pomiędzy wyspami indonezyjskiego archipelagu. Liczy on ponad 13 tysięcy wysp – jest, więc gdzie pływać. Port trzeci odpowiada za lokalny ruch towarowy. Ten jest najbardziej egzotyczny i tym samym wart odwiedzenia. Przeładunek odbywa się jak przed wiekami- całkowicie ręcznie. To bardzo ciężka praca, tragarzami są przybysze z najbiedniejszych części Indonezji – Borneo i Nowej Gwinei. Pracują w ten sposób od świtu do zmierzchu. Oglądamy worki, w których przypłynęła z portu Sarong na Nowej Gwinei kopra.To wysuszone bielmo orzechów kokosowych używane do produkcji jadalnego oleju. Po wysuszeniu gorącym powietrzem kopra zawiera 70 procent tłuszczu. Powąchaliśmy- rzeczywiście pachnie frytkami. Choć przewożone towary częściowo się zmieniły pracuje się w tu identycznie jak w czasach gry po indonezyjskich wodach pływał Józef Conrad  Korzeniowski. Statki też nie różnią się od tych, które on oglądał.

Gdy będziecie w Surabaya, koniecznie odwiedźcie ten port. Takie miejsca nawet w Azji spotyka się coraz rzadziej. 

Do hotelu postanowiliśmy wrócić, jakże by inaczej, rikszą. Choć stało ich na postoju bez liku nikt nie chciał opuścić ceny. Nie myślcie, że byliśmy skąpi. Po prostu nie mieliśmy zamiaru dać się zrobić w konia. Za kurs chcieli dwa razy drożej niż na tej trasie kosztuje klimatyzowana taksówka. Dopiero widząc naszą determinację zmiękli. 

Riksza to zdecydowanie najszybszy środek transportu w bezwładnym ruchu ulicznym azjatyckich miast. Można nią dotrzeć dosłownie wszędzie. Rikszarze doskonale znający najwęższe zaułki sprytnie omijają uliczne korki. Ważne jest, że z perspektywy tego pojazdu można naprawdę dużo zobaczyć.

A uliczny smród i hałas? No cóż- coś za coś.

DSC_0780 (1).jpg

Potrzebujesz więcej informacji ?

Jeżeli potrzebujesz się ze mną skontaktować prześlij mi swój email.

wszystkie prawa zastrzeżone przez Zofia Suska
stronę zaprojektowała i wykonała firma IT-SONET

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.